Apel w sprawie Julii G. - znanej behawiorystki i petsitterki

Julia G. - profesjonalna petsitterka i właścicielka PET BON TON, która opiekuje się zwierzętami, prowadzi szkolenia behawioralne i dla petsitterów! Jest wiceprezesem Stowarzyszenia Zoopsychologów Polskich a nie potrafi ani przyznać się do błędu, ani ponieść konsekwencji tego że zaniedbała opiekę nad dwoma kotami co doprowadziło do ich śmierci w męczarniach.

Ta rzekomo profesjonalna petsitterka nie dopilnowała kotów, które zginęły śmiercią TRAGICZNĄ, zamknęła 2 z nich w PRALCE, gdzie UMIERAŁY 8h, w swoich wydzielinach, dusząc się, przerażone dwa zdrowe, dwuletnie koty. Petsitterka zlokalizowała je w pralce po 1,5 doby. Nie poczuwa się do winy.

Zapoznajcie się z tą historią i podpiszcie proszę petycję o odwołanie tej pani ze stanowiska wiceprezes Stowarzyszenia Zoopsychologów Polskich - taka kobieta nie powinna mieć nic wspólnego z opieką nad zwierzętami, zwłaszcza cudzymi, a już tym bardziej nauczaniem innych jak radzić sobie ze zwierzętami!

MOJE KOTY ZGINĘŁY PRZEBYWAJĄC 2 DNI POD 'PROFESJONALNĄ' OPIEKĄ
"Una i Niuniek umierały przez ok. 8 godzin, zamknięte w pralce. Julia G, zoopsycholog, profesjonalny petsitter, właścicielka firmy PET BON TON - Zwierzak Dobrze Wychowany potrzebowała aż 1,5 dnia żeby pomyśleć, że mogło się zdarzyć coś złego i zaczęła szukać kotów. Do mieszkania nikt inny nie miał dostępu, następnego dnia rano po moim wyjeździe Julia napisała że widziała wszystkie koty. Wg opinii eksperta z BEKO (i nie tylko) inne koty nie miały szansy zamknąć pralki z zewnątrz, ponieważ nawet
małe dziecko miałoby problem z zamknięciem drzwi. Nie żyją zdrowe, przekochane koty. Nie skończyły nawet 2 lat..... Szczegóły poniżej

Wyjeżdżając na 2 dni na pogrzeb mojego brata podpisałam umowę z Julią G, zoopsychologiem, właścicielką firmy Pet Bon Ton - Zwierzak Dobrze Wychowany. Moje 2 koty będąc pod opieką 'profesjonalisty' zginęły. Według lekarza umierały przez ok. 8 godzin. Jak to się stało? Podczas pierwszej porannej wizyty Julia napisała że widzi całą 6 kotów i wszystko jest ok. Wieczorem oraz rano drugiego dnia dostawałam smsy że wszystko jest git, w opisie było też info jak zachowują się niektóre koty oraz że
'bure schowane". Drugiego dnia rano zaniepokoiła mnie nieco informacja, że są schowane ale ponieważ postawiła miskę z jedzeniem koło łóżka i miska była rano pusta myśli, że to one. Przecież ja miałam jeszcze 4 inne koty, które spokojnie mogły to zjeść. Ale pomyślałam, że przecież mam do czynienia z profesjonalistą. Wieczorem był już telefon z mojego domu, gdzie został wezwany lekarz. Zostałam poinformowana że moje dwa koty zostały znalezione martwe w pralce.

Zanim zdecydowałam się opublikować ten post, rozmawiałam z psychiatrą behawiorystą, z DOŚWIADCZONYM zoopsychologiem oraz z niezliczoną liczbą osób działających na rzecz kotów. Każda z nich potwierdziła, że dostając smsa 'bure schowane' wywnioskowałaby, że opiekunka widziała koty, upewniła się że są w dobrym stanie. W moim mieszkaniu była duża kocia wieża, były też transportery z poduszkami w środku. Powierzając Julii koty poinformowałam ją, że ufam jej całkowicie.

O ile Julię znałam wcześniej z racji tego, że miała pod opieką znalezione przeze mnie maluchy z piwnic oraz 2 koty zabrane z Palucha, nie byłam świadoma jakie ma kompetencje jako zoopsycholog i petsitter. Jednakże czytając na jej stronach internetowych opisy ponad 10-cio letniego doświadczenia w pracy ze zwierzętami, oglądając dyplomy, wiedząc, że organizuje i prowadzi na terenie kraju autorskie warsztaty 'Zrozumieć kota' i że jest wiceprezesem Stowarzyszenia Zoopsychologów Polskich, czytając
jak fantastycznie realizowany jest przez firmę Pet Bon Ton petsitting, że jak nikt inny znają się na kotach, kochają je i dbają o nie odpowiedzialnie, że w przypadku Kociego Hotelu który też prowadzą oferują najwyższe standardy, a na stronie Surprise Planner, drugiej firmy Julii, że jest ona mistrzem organizacji i logistyki byłam przekonana, że moje koty będą bezpieczne. Wolałam powierzyć je specjalistycznej opiece dochodzącej, zapłacić i mieć spokojny sen.

Mogłam koty zostawić na 2 dniu same, przeżyłyby. Mogłam też poprosić o pomoc znajomych, którzy zrobiliby to za darmo. Nie chciałam nikomu zawracać głowy, wolałam moje koty zostawić w najlepszych rękach. Tym bardziej, że Julia mieszka bardzo blisko mnie, ok. 3 minuty jazdy samochodem. Sama również opiekowałam się i czasami nadal opiekuję się czyimiś kotami w ich domach. Generalną zasadą zawsze było dla mnie sprawdzenie, czy wszystkie koty są jak wchodzę i wychodzę, czy są w dobrej formie - bo
przecież może się zawsze coś nieprzewidzianego zdarzyć. Jeśli się chowały, to ich szukałam i upewniałam się, że są w dobrym stanie, często potrafiłam na tyle uspokoić, że same wychodziły. Do głowy by mi nie przyszło, że można myśleć inaczej. Przed spotkaniem Julia powiedziała, że to są przecież moje dzieci i że zawsze podpisuje umowę. Jak można było czuć niepokój słysząc takie słowa? Wpisałam swoje dane oraz imiona wszystkich kotów, wydrukowałam 2 egzemplarze umowy i umówiłam się na spotkanie.

Kiedy Julia przyjechała do mnie odebrać klucze, bardzo się spieszyła. Pokazałam jej koty - całą 5 oprócz Uny, która na widok obcej osoby schowała się pod łóżko. Powiedziałam Julii, że Uny może teraz nie zobaczyć, ale opisałam jak wygląda. Niuniek siedział koło łóżka, wystraszony, ale nie chował się. Te koty były najbardziej ufnymi z całej mojej 6, natomiast potrzebowały trochę czasu żeby nabrać zaufania do obcych. Julia zapytała, czy gdzieś się chowają - powiedziałam że jeśli tak to pod
łóżkiem. Miałam wrażenie, że nie interesowała się Niuńkiem, powiedziała, że podoba jej się Kartonik i Bułek. Te 2 koty akurat szybko nawiązują kontakt z obcymi. Pokazałam gdzie trzymam karmę (w kuchni, na wprost wejścia do niej, na blacie pod którym stała pralka były puszki z karmą). Nie było czasu na długie rozmowy, bo Julia jechała na zajęcia. Ustalałyśmy warunki opieki, Julia siedziała wypełniając umowę, ja nawet nie przeczytałam tego, co wpisała tylko szybko podpisałam, przekazałam klucze
do mieszkania - jeden z 3 jakie miałam, drugi zabrałam ze sobą, trzeci został w domu (klucz był w trzecim komplecie nieco zardzewiały więc nie był on używany, poza tym nie był do niego doczepiony klucz do drzwi na klatkę).

Wieczorem przed wylotem próbowałam do niej się dodzwonić ale była zajęta, więc pisałam smsy ze szczegółami. W jednym z nich była informacja, że jeśli znalazłaby czas Niuniek uwielbia aportować myszki, pisałam gdzie te myszki leżą.

Jak się okazało później, Julia w ogóle przez 1,5 dnia nie widziała Uny i Niuńka i zaczęła ich szukać dopiero po tym czasie. Była przekonana, że siedzą pod łóżkiem. Nie sprawdziła tego, nie pamiętała, że tylko Una się schowała podczas jej wizyty, że widziała Niuńka. Jak mi powiedziała, po 1,5 dnia zaniepokoiła się, zawołała męża i przetrząsnęli całe moje mieszkanie. Dopiero na końcu zobaczyła przez szybę w pralce koci grzbiet, sprawdziła ze nie żyje, odetchnęła że to tylko jeden, zawołała
lekarza który pod zwłokami pierwszego znalazł drugiego kota. W opisie lekarskim jest informacja niezgodna z prawdą, że opiekunka w ogóle nie widziała 2 kotów i że ostrzegałam ją, że są lękliwe. Niczego takiego nie mówiłam, mówiłam tylko że Una się chowa.

Lekarz, który dzwonił do mnie pytał, czy koty były uprane. Nie mogłam zrozumieć czemu zadaje takie pytania i czemu Julia, która była obok nie wyjaśnia mu, że to niemożliwe. Nie mogę też do dzisiaj uwierzyć, że Julia pytała mnie przez telefon CZY MA ZOSTAWIĆ ZWŁOKI W PRALCE do mojego powrotu następnego dnia.

Kiedy przyjechałam, w kuchni na podłodze leżały wyjęte z pralki rzeczy - dwa ręczniki, polar i dwie pary skarpetek. To były rzeczy do prania, po powrocie miałam do nich dołożyć pokrowce na łóżko i zrobić pranie. Te rzeczy były pełne futra moich zmarłych kotów, mokre i pachnące ich moczem i innymi wydzielinami. Przykryte były tylko nowym dywanikiem łazienkowym, który kupiłam parę dni wcześniej. Koty które przeżyły miały do tych rzeczy dostęp, mogły je wąchać, dotykać.

Po raz pierwszy kiedy weszłam do domu nikt mnie nie powitał, wszystkie były wystraszone. w mieszkaniu wszędzie były porozstawiane miski i jedna wielka miska z wodą, w sumie chyba 4 miski w pokoju + standardowo 2 w kuchni. Julia wcześniej pisała, że mało piją i dała więcej wody. Niedługo przyjechała Julia z mężem. Powiedzieli, że bardzo im przykro. Rozumiem. Ale nie rozumiem tego, że w ogóle nie poczuwała się do winy, że zapytała z wyrzutem czemu NIE POWIEDZIAŁAM jej, że koty chowają się do
pralki. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie chowały się. Ona na to, że powinnam wiedzieć, że koty w sytuacjach stresowych zachowują się niestandardowo. Odpowiedziałam, że to ona powinna to wiedzieć. Cisza. Powiedziała też, że to był WYPADEK i że robiła wszystko to, co jej kazałam. Na litość boską! Wypadek? Dla mnie to zaniedbanie albo totalny brak wiedzy czy umiejętności myślenia. Czy ja miałam profesjonalistce, osobie zajmującej się zawodowo pomaganiem w redukcji lęków u kotów i
petsittingiem mówić, że ma sprawdzać wychodząc czy wszystkie koty są w dobrym stanie? Julia mówiła też, że inne koty nie prowadziły jej do pralki, nie pokazywały że coś jest nie tak. Przecież koty to nie psy...

Niedługo miną dwa miesiące od tragicznej śmierci moich kotów. Mam już tylko 1 ręcznik, tamte dwa z pralki wyrzuciła na cmentarzu dla zwierząt siostra Julii. W pralce nadal jest mocz moich kotów, ich wydzieliny i mnóstwo sierści. Były przytomne wg lekarza przez conajmniej 4 godziny, musiały bardzo się stresować. Nie umiem wyprać tej pralki, nie umiem odpalić laptopa którego zostawiłam w kuchni, boję się tam wchodzić kiedy nikogo oprócz mnie nie ma w domu. Robię wszystko, żeby nie wracać do
mieszkania. Chodzę do psychiatry, biorę leki antydepresyjne, dwa rodzaje środków uspakajających, doszłam do 2,5 paczek papierosów dziennie, od tygodnia łykam dodatkowo leki nasenne. Wcześniej żeby zasnąć, żeby móc przebywać w domu, żeby przeżyć musiałam pić. Żeby się znieczulić, zmącić świadomość i nie zrobić sobie krzywdy. Wracają problemy z kręgosłupem, które ustąpiły po półrocznej rehabilitacji, nie mogę jeść, robią mi się skórze rany, mam problemy związane z zaburzeniem krążenia. Zgodnie z
zaleceniem lekarza muszę na jakiś czas wyjechać aby mieć kontaktu z miejscem, gdzie wydarzył się ten horror. Bo te koty uratowałam ze schroniska kiedy miały 2 tygodnie, własnoręcznie odkarmiłam. Nie zdążyły skończyć 2 lat. Były najbardziej ufnymi spośród wszystkich moich zwierząt, przybiegały na zawołanie, potrzebowały i dawały ogromne pokłady czułości, przytulały się, rozmawiały ze mną, spały mi na głowie. Były zdrowe, wysterylizowane, odrobaczone, zaczipowane. Niuniek cały czas warował u
moich stóp albo wpatrywał się we mnie. Miałam zwyczaj coś robiąc wołać go, wiedząc, że tylko na to czeka. Do tej pory z przyzwyczajenia wołam jego imię, ale nie przychodzi... W nocy budzę się szukając Uny, która zwykle spała obejmując mnie łapkami. Mam tylko 1 pokój i mini kuchnię, do której wchodzi się prosto z pokoju. Na wprost wejścia stoi pralka. Zgodnie z zaleceniami producentów trzymałam ją otwartą. Koty tam nie chowały się, mimo to zawsze przed praniem sprawdzałam czy ich tam nie ma.
Mam opinię od eksperta Beko, który pisał, że nawet małe dziecko miałoby trudność z zamknięciem drzwiczek. Ja i znajomi sprawdzaliśmy kilka razy czy można łatwo zamknąć drzwiczki - nie ma takiej opcji, trzeba użyć dużo siły. Jak powiedział mój psychiatra i zarazem behawiorysta, oczywiście można przyjąć, że pozostała 4 kotów zmówiła się i postanowiły zamknąć te dwa. Jeden to kotka ślepa, drobna, drugi to kot bez 2 łapek który nie miał nawet takiej możliwości, pozostaje głucha kotka i Kartonik,
chudy burasek.

Nie dowiemy się jak było naprawdę, ale najbardziej prawdopodobny scenariusz był taki, że Una uciekając przed opiekunką dobiegła do końca mieszkania, czyli do kuchni, a może tam już była nad miską z suchą karmą i schowała się w jedynym miejscu, które było tam dostępne. Niuniek zawsze opiekował się siostrą, więc pewnie wbiegł za nią. Nad pralką stały puszki z karmą, można było odruchowo zamknąć jej drzwiczki sięgając po puszki. Julia nie pamięta, czy tak zrobiła, nie pamięta także czy kiedy
zobaczyła kota w pralce drzwi były zamknięte na zatrzask. Nie pamiętała też ostatniego dnia, że było ich 6 a nie 5. Nigdy nie użyła ich imion, chociaż były zapisane w umowie. Kiedy zadzwoniła i powiedziała ze stało się coś bardzo złego a jak krzyknęłam 'które' odpowiedziała 'bure, ale nie Kartonik'. To nie były 'bure', to były moje koty, Una i Niuniek. Rodzeństwo które uratowałam, które nazywałam swoimi dziećmi, które nie umiały ani warczeć, ani syczeć i które były tak ufne... Una u lekarza
mruczała a Niuniuś jak był mniejszy dawał wetom buziaki.

Gdyby zostały same, albo gdybym poprosiła o pomoc kogoś innego... Chciałam zapewnić jak najlepszą opiekę, a okazało się, że zapewniłam ukochanym kotom koszmar i długie godziny umierania. Niedawno ukazał się na jednej ze stron www wywiad z Julią pt. Czy na wychowaniu kotów da się zarobić. Ruszają podobno szkolenia dla petsitterów, są plany żeby szkolić lekarzy.... Pet Bon Ton reklamuje się jak może. Żadnych refleksji, bo przecież to wg Julii był wypadek.

Proszę, uważajcie komu powierzacie swoje koty. Nie kierujcie się informacjami z internetu. Można zrobić wiele dyplomów, można wiele różnych rzeczy na swój temat napisać. Nie fundujcie sobie takiego koszmaru, jaki ja sobie zafundowałam. Julia powiedziała na cmentarzu po pochowaniu moich zwierząt (za pogrzeb zapłaciła, nie chciała ode mnie pieniędzy, powiedziała, że będę miała więcej na nową pralkę....), że nie może się denerwować bo ma problemy z ciśnieniem. A ja mam teraz problemy ze
wszystkim, co i tak jest niczym w porównaniu z tym, że dwa
wspaniałe koty odeszły na zawsze i to w tak straszny sposób.

Widziałam wiele śmierci zwierząt, które ratowałam, ale nigdy nie wylądowałam na skutek tego u psychiatry. To się nie miało prawa zdarzyć, szansa że moje koty zginą podczas mojej 2dnowej zaledwie nieobecności i to w taki sposób była mniejsza niż szansa, że samolot którym leciałam na pogrzeb się rozbije. Te koty wg lekarza umierały przez 8 godzin, były w stresie, w pralce jest pełno ich sierści. Zanim straciły przytomność minęły conajmniej 4 godziny kiedy próbowały wyjść z pułapki. Zamiast Pet Bon Ton zafundowano mi chyba usługę Surprise Planner - rzeczywiście takiej 'niespodzianki' nigdy bym nie była w stanie sama wymyślić i nikt ze znajomych kociarzy nie mógł uwierzyć że
taka rzecz miała miejsce. Jak to jest możliwe, że osoba która popełnia błędy, których nie popełniłaby większość amatorów opiekujących się kotami chce szkolić kolejnych petsitterów albo lekarzy?

Długo myślałam i konsultowałam się ze znajomymi, czy opublikować tą informację, czy ujawnić nazwę firmy. Nigdy wcześniej nie miałam nieporozumień z Julią, zresztą po tym wydarzeniu byłam w takim szoku, że uwierzyłam że to był wypadek, nawet do psychiatry przyszłam przekonana, że to ja spowodowałam śmierć swoich kotów bo mogłam przecież nie jechać na pogrzeb. Od tego czasu dużo rzeczy przemyślałam, przeprowadziłam wiele rozmów. Zdecydowałam się podać szczegółowe informacje do wiadomości
publicznej, ponieważ nie chcę, żeby podobna sytuacja spotkała kogokolwiek innego i ponieważ uważam, że taki rodzaj opieki, jaką były otoczone moje koty, dyplomatycznie mówiąc, bardzo daleko odbiega od profesjonalizmu. Dużo osób także mnie o to prosiło / radziło. Postanowiłam więc zrobić wszystko co tylko będę w stanie, żeby wszystkie osoby opiekujące się 'profesjonalnie' zwierzętami zdały sobie sprawę, jaka ciąży na nich odpowiedzialność.
Dla Julii życie toczy się dalej, firma nadal się reklamuje. A moje dwa koty nie żyją. W jednym miałaś rację, Julio. To były moje dzieci i nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego. Moje życie teraz to piekło, co i tak nic nie znaczy wobec tej strasznej, niepotrzebnej śmierci."


Magdalena Urbanik    Skontaktuj się z autorem petycji

Podpisz petycję

Składając podpis, uprawniam Magdalena Urbanik do przekazania go osobom decyzyjnym w przedmiotowej sprawie.


LUB

Otrzymasz e-mail z linkiem potwierdzającym Twój podpis. Aby mieć pewność, że otrzymasz nasze wiadomości e-mail dodaj info@petycjeonline.com do swojej książki adresowej lub listy bezpiecznych nadawców.




Płatne ogłoszenie

petycja zostanie rozreklamowana wśród 3000 os.

Dowiedz się więcej...

Facebook